2006-06-26 11:37:35
http://www.nakota.ownlog.com/
Bo tutaj zrobiło się już trochę niezdrowo. Bo mam na to ochotę. Bo tak.
2006-06-20 23:33:42
Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. Niektórzy ludzie. Niektóre słowa. Po raz kolejny głupio ranię samą siebie, nie pamiętając o tym, co było. Nie warto o tym mówić.
Wieki przyjdzie czekać na radosną notkę. Tak to już bywa. Głupota podlega zasadzie konsekwencji.
2006-06-03 01:04:11
Pani czyta Micińskiego. I Irenę Obermannovą. I wstęp do językoznawstwa. Już wkrótce zniknie na długie dni i godziny, zdradzając poezję z prozą. Ale prozą życia.
Powoli zmieniam się w kota. Prężę się w świetle lampy, dyskretnie ostrzę pazury, strzygę uszami. Idąc ulicą, mruczę. Siedząc w kawiarniach i pubach, łaszę się o nogi stołów. Mentalnie oplatam rury industrialowych wnętrz, jak bluszcz, gnąc grzbiet pod cudze nogi, które mogą mnie deptać. I deptać. Bez końca.
W snach moja twarz dotyka metalu i zimnego, wypolerowanego drewna. Na karku czuję dłonie, słyszę chrzęst nadgarstka walczącego z oporem. Potrzeba mi silnej ręki. Kolan, które owinę ramionami. Ramion, o które oprę swoje kolana. Po raz kolejny liżę sierść na dobranoc. Liżę rany. W wyobraźni powoli stąpam po cudzych plecach, wbijam szpilki, do krwi, w cudze łopatki i żebra. A może to moje ciało gniotą podeszwy czyichś butów?
Nic mi już nie przeszkadza. Może nawet zadowala. Nie mam godności. Mały demon się cieszy. Mała dziewczynka płacze, chowając się głęboko, tam gdzie jej już nie znajdę. Wybaczcie mi, mężczyźni świata, że nie jestem dla was dobra. I że nie jestem taka, jak chcecie. Wtedy i ja wam wybaczę, że nie rozumiecie niczego, że nigdy nie rozumieliście, i nie spełniacie snów.
2006-04-15 00:43:12
Niepokojące sny. Purgatorium Dantego. Skrzydlaty woźnica. Mały czerwony diabeł sunący po suficie. Nie mogę swobodnie oddychać. Coś zalega mi w gardle. Może gdy się nachylę, wypluję czarną maź, która oblepiała anielskie skrzydła?
Nie nadaję się na wieszcza. Ani wizjonera. Metafizyka emocji wystarczy.
Przez długie trzy dni będę tęsknić za zgiełkiem miasta. Zgiełk metropolii w mojej głowie nigdy mnie nie opuści. Nawet tam, gdzie jadę. Na południowy-zachód od grzmotów moich myśli. Do drugiego kręgu. Koniecznie drugiego. Minos przytrzyma mi głowę, gdy będę płakać smołą. Wergiliusz mnie ukoi. Gdy już wyrzygam duszę, nie będzie po co lecieć do mojej Beatrycze. I Niebo mnie nie przyjmie. I Piekło.
Znów jestem wielkim konstruktorem. Codziennie rozpryskuję się na kawałki i składam się od nowa z tysięcy małych szkiełek, które lubią się gubić. Tak łamią mi się paznokcie i wypadają włosy. Tak tracę rzęsy pod ciężarem tuszu. Muszę je malować. Mają być długie i grube, żeby zakrywać oczy. Bo w oczach, moi państwo, widać naprawdę wszystko.
2006-04-06 23:51:05
Sytuacja wydaje mi się nieznośna. W snach całuję piękną kobietę i widzę sterty śniegu. Na jawie robię się śmieszna i cierpiętniczo wyuzdana. Zamiast w ciszy lizać swoje rany, znów chciałabym w huku, głośniej od bomb. A przecież powiedziano mi, że się nie nadaję. Że nie wytrzymam.
Przeceniłam się, przyznaję. Wcale nie jestem silna, wręcz przeciwnie. A mogłabym walczyć. CHCIAŁABYM. Wiedząc, że nie wygram. Mała dziewczynka wychodzi ze mnie i stwarza mnie bardzo słabą. Każe mi dorabiać teorie, marzyć, obmyślać rzeczy, które się nie wydarzą. Tak właśnie ranię siebie samą. Jak zwykle miałaś rację.
Popadam w jakiś fetyszyzm. Nie mogę poradzić sobie z wyobraźnią i reminiscencją z odległych czasów i krain.
Galopuję bezwiednie po pustych mongolskich stepach, widząc przed sobą zjawy i cuda równikowych lasów. Tylko koń nie widzi tych omamów. Znów jestem żałosna. Gładzę palcami papier. Babram się głupio w tuszu. Jak bardzo lubieżne dziecko.
Trzymajcie się mocno fantazji, siostry-lalki. Bądźcie krnąbrne i opętane przez diabła. Nigdy nie chodźcie najprostszą drogą, bo dojdziecie słabe.
Moje drogi są kręte, a diabeł szaleje we mnie od dawna. Błogosławię swoją zagadkowość; zawsze są przecież rzeczy, do których się nigdy nie przyznam, nawet sama przed sobą.
2006-04-02 01:01:57
Nieusuwalny Str8. Skrzypienie w uszach. Smak czekolady w ustach. Burdelowe światełko w kącie pokoju. Mleko, które wydawało się słone. Nie wszystko da się umagicznić.
Ściany mają uszy.
Nie czekaj na tę notkę. Nie dowiesz się z niej niczego. Może tylko tego, że naiwnie idealizuję sobie wszystko, niczego nie żałuję i wiem, że nie jestem wiele warta, a Ty śmiejesz się z mojego popisywania. Buenasnoches. Sogni d’oro. Hyvää yötä. Obiecuję, że dziś nie będzie mnie w Twoim łóżku.
2006-03-26 15:54:23
Impas. Kompletny zastój. Firanka kołysze się na wietrze. Anka? Labirynt skojarzeń przecina, jak nóż, krzyk Kotki, raz po raz. Panna Daisy śniła mi się dziś w nocy. I jej rudy ogon na moich udach. To musi coś znaczyć.
Całuję w snach pięknych ludzi. Przebywam z pięknymi ludźmi, ale szybko uciekam. Steven Grlscz patrzy na mnie z ekranu, z idealną dykcją pana Law’a oznajmia, co następuje:
Evil isn't just malice, murder and rape and massacre. Before everything, the devil is the father of lies. The lies you tell, the truth you don't tell. Everything hidden is theft. Everything reserved from those we love is fraud. And there's always something, isn't there? What everyone wants is for evil people to be off insidiously committing evil deeds. Then they can be separate from ordinary men and women and destroyed. But the line that separates good and evil cuts through every human heart. And who is willing to destroy a piece of his own heart.
Rozmawiam z własnymi myślami. Z nimi wszystkimi w moich myślach. Znów staję się na wskroś heteroseksualna. Moja Wenus w Pannie znów analizuje. Pamiętam wciąż jego dłonie, jak kleszcze, na mojej talii i zapach jego warg – taki zapach, który mają tylko ludzie o złych zamiarach. Acetone. Acetone is what the body produces when it eats itself.
Zapominam o wszystkich złych rzeczach. Nie chcę o nich pamiętać. Nie mogę. W pamięci zostawiam tylko twoje zło, twoje smutne oczy i moją krew rozsadzającą żyły. Jakiś anioł podszeptuje mi coś o przeznaczeniu i sprawiedliwości świata. A może diabeł. L'amor che move il sole e l'altre stelle. Moje gwiazdy wypadają z orbit i biegną na oślep, tratując wszystko po drodze. Nie zaznam spokoju, póki cię nie dostanę, Your Infernal Majesty. Nie zaznam.
Just after: The Wisdom of Crocodiles. Again and again.
A song for lost desire to make it all come alive
2006-03-12 23:38:06
Wiatr znów dmie w moje żagle. Ciepły pasat. Nieśmiały zefir. Żeby nie zepsuć lekkości bytu.
Ciężko mi z moim pożądaniem. Z ogniem, o którym tyle już powiedziałam i tyle napisałam. Tam, gdzie Henoch kazał budować Arkę, ja dyszę bezwiednie, jak zagubione zwierzę. Wyobraźnia, niczym wielka machina, rusza powoli; wtacza się na tory myśli mosiężną lokomotywą Tuwima - nie wiezie ludzi, tylko grzech i obraz. Nikt niczego nie czuje, nie widzi. Ani elektryczności, ani mojego gorąca. Ani nadludzkiej siły, z jaką zaciskam uda, zakładając nogę na nogę.
Mój świat jest ciemny. Daleko mi do nieba. Daleko, przez oceany, których fale płoną.
Za tyle myśli będę się smażyć w piekle.
A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha,
Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch.
2006-02-19 18:50:48
Najpierw była nadzieja, ale ona umiera ostatnia. Potem był świat magiczny, do którego nikt nie miał wstępu; nawet ty nie miałeś, ani ja, bo to był świat równoległy. Zaczarowany ogród, gdzie byliśmy jak z fotografii lub snu prerafaelity - zamknięci w swoich klatkach. Wszystko zdarzało się tak samo i było bardzo piękne. Pełne magii i seksu, i twojej charyzmy, która jest dla mnie jak najbardziej wysublimowane narzędzie tortur, jak najgorszy narkotyk. Ogród pił z ciebie życie. Kwiaty sączyły twoją krew powoli, powietrze chłonęło twój pot skwapliwie, i oddech, a ja wąchałam kwiaty i oddychałam przez skórę, i na chwilę stawałam się piękna.
Potem przyszło cierpienie. Obrzydliwe. Werterowskie. Gotyckie. I gorycz. I melancholia. I łzy. Nie ma tu o czym mówić.
Był sen. Byłam tam ja w ogrodzie. I krzaki malin. I konie w kolorze twoich włosów, o grzywach bujnych jak moje myśli. I siano, suche i ostre jak słowa. Choć ciepłe. Była kobieta o białych wargach i uszach o smaku wanilii. I mężczyzna, który był piękny, ale nie był tobą. Nie należeli do nikogo; chyba tylko do siebie nawzajem, a i to nie jest pewne. I byłam ja, pośrodku. Obudziłam się zlana potem.
Był Goethe. Od zawsze. Wrósł we mnie jak ziele i smutna dominanta mojej emocjonalności. I głupi Werter. I Lotta, jeszcze głupsza od Wertera. Fizycznej śmierci nie było. Nie należy popadać w przesadę.
Teraz jest jakaś pustka. I strach. Kilka zaklęć kołacze się w głowie. Dwie czerwone świece, splątane aksamitną wstążką, dogasają na Goethem i na "Tarocie Magów". Znów rozbijam siebie na małe opowieści, setki historii nie do opowiedzenia. Nie jestem złym szkłem, nie wpadnę ci w oko. Rozprysnę się pod stopami i odbiję twoje światło, chwytając odbicie jak lustro. Asymilując twoje ciało w tlenek krzemu, który wypełnia mnie po brzegi. To już trzy lata z siedmiu przewidzianego nieszczęścia. Jeszcze tylko cztery i będę wolna. Poza twoją magią.
Nie muszę pytać o zgodę, by czerpać z ciebie słowa. Będę gorzkim Dekameronem, z setką opowieści, setką setki, z wszelkich zaraz świata. I ty znajdziesz tam swoje miejsce. Kiedyś w przyszłości, gdy wszystko będzie skończone.
Old eyes, fresh sight
ancient stars that shine so bright,
never ending mystery,
find the new and fresh in me,
see beyond what you did see.
This is my will, so shall it be.
2006-02-10 00:45:33
I melancholia. I tęsknota. I strach.
Czekanie. Odwracam swoją uwagę, czytając Pentti Saarikoskiego, słuchając Radia Helsinki i śpiewu Pana Światło. To błąd. Za dużo mi Pan przypomina. Przez Pana mam uczuciową schizofrenię i drżę na dźwięk Pańskiego głosu, tak jak przed laty, tylko podwójnie. Jest Pan środkiem zastępczym, wróblem w garści. Gołąb na dachu odlatuje i wraca. Boję się łapać. Dlaczego śpiewa Pan właśnie o mnie? Znów trąca te same struny.
Nic się nie zmienia. Ani ja. Ani nikt. Ani świat. Mój ogień płonie dzięki twojemu powietrzu, a twoje powietrze oczyści się moim ogniem. Nie wolno nam walczyć z żywiołem. Chcę, żebyś już był mój.
Powoli wariuję. Dostaję artystycznego pierdolca. Jak Gottfried Benn, gdy pisał o kwiatach rosnących w czyichś jelitach. Jak Dali, gdy paćkał żyrafy. Jak Vincent, już bez ucha. Brakuje mi ich geniuszu.
With the venomous kiss you gave me I'm killing loneliness. Jakkolwiek pretensjonalnie by to nie brzmiało.